Zaczęło się we wrześniu. Kosiłam trawę w ogrodzie, kiedy pod bukiem
mignęło mi coś białego. To nie była wielka purchawka, worek po nawozie, ani przywiana przez
wiatr reklamówka. To była kota, szylkretowa, plamiasta panienka. Na mój widok
wstała, przywitała się po czym dostojnym krokiem opuściła ogród.
Następnego dnia pojawiła się znowu, w tym samym miejscu.
„Nie będziemy jej dokarmiać, żeby się nie przyzwyczaiła”, postanowiliśmy, „to na pewno czyjś kot i na pewno nie jest głodny”.
No, ale odrobina kocich chrupek to przecież nie karmienie, prawda?
Chyba jednak była głodna, bo chętnie zjadła, a kolejnego dnia przyszła po więcej.
Dalsza znajomość rozwijała się standardowo - trochę jedzonka codziennie, coraz więcej jedzonka, głaskanie, coraz więcej głaskania, gonitwy i zabawy z dziećmi, w końcu włażenie na kolana w celu ucięcia sobie drzemki.
„Nie będziemy jej zabierać do domu, żeby się nie przyzwyczaiła, to na pewno czyjś kot, do nas przychodzi tylko na chwilę”.
Rzeczywiście przychodziła tylko na chwilę, chociaż te chwile z dnia na dzień stawały się coraz dłuższe.
Tak to sobie trwało do listopada. Potem zrobiło się zimno i coraz trudniej było wychodzić do
ogrodu. Dlatego zaczęliśmy kotkę (dzieci nazwały ją może mało oryginalnie, ale za to trafnie „Łatka”) karmić w pobliżu drzwi balkonowych. Najpierw na zewnątrz, a potem, wraz ze spadkiem temperatury, coraz bardziej wewnątrz. Najpierw wchodziła do domu tylko po to, żeby zjeść, potem uznała, że bezpiecznie może się położyć i wygrzewać na kratce nawiewowej:
Pod koniec listopada zawitała do nas rasowa, wymarzona od dawna 3 miesięczna koteczka zaczątek przyszłej hodowli. Zdziwiliśmy się bardzo, bo nie tylko nie było awantury, warczenia i walki o miejsce, ale Łatka zaczęła uczyć się od małej. Wskakiwania na fotel, jedzenia w głębi
kuchni a nawet siusiania do kuwetki. Wreszcie uznała, że nie ma już potrzeby wychodzenia na noc do ogrodu. I w ten oto sposób staliśmy się właścicielami dwu kotek.
Skoro tak, pomyśleliśmy, to trzeba kotu zrobić ogólny przegląd i ewentualnie wysterylizować. Pojechaliśmy do weterynarza, który odkrył, że Łatka jest już bardzo starym kotem, został jej tylko jeden ząb, serce ma niezbyt mocne, więc narkoza związana z kastracją może być ryzykowna.
"Poczekamy do wiosny", powiedział, "może ona już nie będzie miała
rujki".
Grudzień był ciepły, zadbana i odkarmiona kota wyszła pewnego ranka na przechadzkę. Zobaczyłam ją jeszcze tego samego dnia na polu sąsiada, z rudym kocurem, a wieczorem na działce drugiego, z burasem. Wróciła na dobre po trzech dniach, brudna, złachana i, jak się później okazało, w
ciąży.
Potem niestety było smutno.
Poród który nie postępował, cesarka, półprzytomna kotka, która nie chciała nawet patrzeć na kociaki... Nie pomogły leki, ogrzewanie, masowanie, podawanie wody pipetką do pyszczka... Nad ranem Łatka
odeszła, a nam zostały jej dzieci-3 kocurki -rudy, czarno-biały i szary.
Cóż było robić. Zaopatrzyłam się w kocie mleko i strzykawkę...
Łatwo powiedzieć, zaopatrzyłam się w kocie mleko i strzykawkę... Kocie mleko
w proszku udało mi się kupić u weta, a strzykawkę przywiozła mi pani Renata z hodowli Tiili*PL, z której kupiliśmy naszą Negri. To ona pokazała mi jak karmić maluchy, jak je masować i
cierpliwie odpowiadała na wszystkie pytania, którymi codziennie ją
zasypywałam. Powoli przekonałam się, że wychowanie kocich osesków nie jest wiele
trudniejsze od wychowania niemowląt, trzeba tylko trzymać je w cieple, dbać o to, żeby jedzonko trafiało do pysia od przodu o regularnych porach, a opuszczające kota od tyłu resztki były właściwej konsystencji. Do tego wystarczy jeszcze dodać codzienną porcję głaskania i przytulania i nie ma mowy, żeby się nie udało.
Początkowo kociaki jadły co 2 godziny, w dzień i w nocy. Ponieważ samo karmienie + masowanie brzuszków zajmowało dobre pół godziny, pierwsze 2 tygodnie spędziłam
karmiąc, masując, karmiąc, masując, przytulając, ogrzewając i zaniedbując trochę
własne dzieci. Po jakimś czasie przekonałam się, że to nie wszystko. Maluszki nie umiały się całe umyć, a że wylizać nie miał kto (moje poświęcenie aż tak daleko nie sięgało), w pokoju
zaczął unosić się coraz mocniejszy odorek. Do moich obowiązków doszło więc mycie a później
nawet kąpanie kociąt. Zdaje się, że dosyć to lubiły, trzeba tylko było bardzo
dbać, żeby nie zmarzły. Powoli otwarły im się oczka, zaczęły podnosić się na
łapki i przestały jeść tak często w nocy.
W końcu zaczął się wspaniały okres zabaw i wspólnych gonitw. Nasza kotka dość długo po prosu przyglądała się maluchom i warczała, jak tylko za bardzo się do niej zbliżyły. Potem dołączyła do zabaw, ale w dalszym ciągu trzeba jej było pilnować, bo czasem wyglądało na to, że małe skończą w jej paszczy jako posiłek.
Wreszcie jednak wyrosły im zęby ,nauczyły się bronić a co ważniejsze
zaczęły jeść stały pokarm. Jak można się było spodziewać, zapadła też
decyzja, że wszystkie zostaną u nas.


W tym miesiącu kończą już 6 lat i są wesołymi, bardzo przyjaznymi kotami, a mnie wciąż traktują jak przybraną mamę i wykorzystują każdą okazję, żeby wpakować się na kolana.